Już niedługo koniec roku, więc postanowiłem coś napisać. Wczoraj wróciłem od mamy z domu rodzinnego do Krakowa. Jechałem pociągiem, a potem tramwajem, dość spokojnie. W pociągu siedziałem z trzema osobami w przedziale. Wszyscy milczeli i mieli nosy w telefonach. Potem rozpakowałem się i pojechałem tramwajem pozwiedzać okolicę oraz na drobne zakupy. Po powrocie zjadłem udko gotowane i ziemniaki od mamy. Wieczorem siedziałem trochę oglądając telewizję, trochę na czacie. Poszedłem spać koło 1 w nocy, a wstałem około 7. Wypakowałem rzeczy z podróży, zjadłem kanapki z makrelą w pomidorach z puszki. O godzinie 12.30 zjadłem rosół od mamy i wyszedłem na spacer, bo była ładna pogoda. Dziś bolała mnie głowa. Po zjedzeniu rosołku ze słoika przestała. Rosół podgrzałem w garnku. Potem wyszedłem na spacer. Dziś było ciepło. Podjechałem tramwajem i wszedłem do kościoła Bernardynów aby zobaczyć szopkę. Jest duża i fajna. Cały boczny ołtarz to szopka. Zrobiłem kilka fotek i poszedłem do drugiego kościoła po drodze. To był kościół Klarysek. Tam byłem krótko i robiłem zdjęcie zza krat. Kolejna szopka którą odwiedziłem to szopka u Franciszkanów. Jest dość duża i stoi w kaplicy Męki Pańskiej, przy wejściu. Potem szedłem plantami, wsiadłem w tramwaj. I wysiadłem obok biedronki i kfc, bo miałem smaka na bi smarta. W biedronce kupiłem ciasto jogurtowe za 9 zł, kluski śląskie i 2 puszki ryb w sosie pomidorowym. Potem wróciłem do domu tramwajem. Jeden dziadek w tramwaju do mnie: Nos się zakrywa. Bo miałem maseczkę ale odkryłem nos. W kfc nie bylem w końcu, bo postanowiłem zjeść parę klusek z udkiem gotowanym które miałem i ziemniakami od mamy. To zjadłem i się najadłem. I to w skrócie chyba tyle.